Slow Wedding | Kotulińskiego 6

Styl rustykalny i styl industrialny – czym się różnią?

Jeśli kiedykolwiek szukaliście inspiracji i pomysłów na własne wesele lub pomagaliście w tym komuś ze znajomych czy rodziny, wtedy na pewno natknęliście się na określenia: styl rustykalny, styl industrialny czy slow wedding. Przykłady dobieram nie przypadkiem, ponieważ zdjęcia poniżej (mam na to wielką nadzieję) przekonają Was , że można w sposób niesłychanie kreatywny, a jednocześnie dyskretny połączyć te pojęcia i posiłkując się wizją tej fuzji zrealizować przyjęcie ślubne o nieprawdopodobnie smacznej estetyce.

Z pewnością nawet nie zgłębiając szczegółowo lektury tematycznej intuicyjnie wiecie w czym tkwi istota i na czym polegają różnice stylu industrialnego i rustykalnego.
Kiedy myślę „rustykalny” – myślę o drewnianych wnętrzach, bliskości natury, naturalnych barwach (zwłaszcza o bogatych paletach brązów i zieleni) i szeroko pojętym klimacie radosnej sielskości.
Co innego jeśli chodzi o industrializm (już sama nazwa wydaje się mieć metaliczny posmak). Klimat ten, w przeciwieństwie do ciepłej tonacji reprezentowanej przez rustykalizm, unaocznia się w szarościach betonu, błysku stali i zgaszonej czerwieni cegieł. Estetyka jest mocno wpisana nierzadko w budowle na terenie polskich miast, zwłaszcza tych z bogatą historią i tradycją przemysłową.

Idea połączenia tych dwóch, z pozoru przeciwległych światów zmaterializowała się dla mnie ubiegłego lata na przestrzeni sławnego już Kotulińskiego 6 w Czechowicach-Dziedzicach, a spersonifikowała w osobach Kasi i Michała. Ta właśnie para zdecydowała się na slow wedding w niesztampowej oprawie, ale może po kolei…

Co zrobić, aby uzyskać odpowiedni klimat?

Dobór lokalu pod wyznaczony cel był strzałem w dziesiątkę . Budynek starej gorzelni przy Kotulińskiego 6 wpisuje się idealnie w industrialne klimaty. Jak w raju czują się tutaj entuzjaści nagich, pozbawionych tynków, ceglanych ścian, wysokich sufitów i surowych, betonowych posadzek ozdobnych w metalowe elementy poręczy, kraciastych okienek i innych użytkowych instalacji. Kotulińskiego dzięki swej skromnej surowości jest przestrzenią niesamowicie plastyczną, prawdziwą przestrzenią kreatywną – jak określają ją sami twórcy. Fani poprzemysłowych mieszkań w stylu loft, będą zachwyceni rozmaitością harmonijnie dobranych dekoracji i przedmiotów użytkowych – ciężkich drewnianych stołów, fantazyjnego oświetlenia, starych tkanych dywanów, ogromnych aloesów, małych roślinnych terrariów, suszonych kwiatów i zabytkowych przedmiotów użytkowych (osobiście nie mogłam napatrzeć się na starą maszynę do pisania w sali przygotowań ;) ) A może nie masz pomysłu na wesele? Jeśli tak, to miejsce Cię natchnie.

Kasia i Michał biorąc to miejsce we władanie w ten jeden szczególny dla siebie dzień nie ukrywali swojej miłości do przyrody. Aby ją uwydatnić tchnęli w poprzemysłowe ściany garść rustykalnych inspiracji.
Korzystając z upalnej pogody, państwo młodzi zdecydowali się na ślub plenerowy. Ceremonia odbyła się na zielonych terenach przynależnych do budynku, gdzie wzniesiono do tego celu niewielką instalację z pieńków młodych drzewek ozdobioną pękami wiszących kwiatów, gałązkami akcji i szklanymi świetlistymi kloszami.

Naturalne dekoracje zdominowały też pomieszczenia weselne. W metalowe, geometryczne klosze nad stołami zostały wplecione gałązki pierzastego asparagusa, a okienka otuliły listki bluszczu. Delikatną, kojącą monotonię bielonych ścian sali obiadowej i otulającej je zieleni przełamały ustawione na stołach wazony pełne kolorowych dalii, jaskrów oraz innych kwiatów ogrodowych i polnych charakterystycznych dla schyłku lata. Dekoracjom roślinnym towarzyszyły detale i drobne ozdoby wykonane z plastrów surowego drewna .
Na tak przygotowanej sali nie mogło zabraknąć innych przyjemnych już nie tylko dla oka, ale i podniebienia atrakcji. Przy wejściu do sali na spragnionych gości czekał stół pełen owoców sezonowych i nie tylko, wraz z kolorowymi owocowymi koktajlami w olbrzymich słojach.
Jeśli jednak owoce nie zaspakajały jakiegoś gościa w pełni, to mógł (a nawet powinien) skierować się w stronę jednego z najpiękniejszych i najsmakowitszych jakie widziałam słodkiego kącika autorstwa Słodkości Tusi, skąd powabnie wołały nas bosko stylizowane desery, babeczki z wisienkami, ciasto leśny mech , i masa czekoladowych słodkości nakrapianych jadalnym złotem i dekorowane uroczymi detalami w kształcie złotych owadów.
Natomiast na podwórku wśród drzew i coraz bardziej w miarę zabawy chaotycznie porozstawianych leżaków ustawiała się co jakiś czas mała kolejka do prosecco busa (a jeszcze niedawno myślałam że na weselu nic nie może przebić czekoladowej fontanny). Państwo z załogi busa chętnie i z uśmiechem wydawali wysokie kieliszki z truskawką na dnie i po brzegi wypełnione bąbelkami ku ogólnej radości. Trudno zdecydować czy o atrakcyjności stanowił tutaj sam wydawany napój czy ten absolutnie uroczy samochodzik sam w sobie.

Czym jest slow wedding?

Fuzja rustykalno -industrialna dała idealne podłoże dla imprezy w stylu „slow”, czyli trzeciego terminu wymienionego przeze mnie we wstępie nie przypadkiem.
Słyszeliśmy już o slow life czy slow food i tak jak w przypadku tych dwóch określeń, slow wedding to odejście od często przyjętych schematów. Nie chodzi tylko o zerwanie z myśleniem, że  plan dnia ślubu MUSI koniecznie mieć określony scenariusz (bo ktoś kiedyś tak wymyślił?), który musi być przestrzegany co do minuty. To przemyślenie tego co lubimy, w jakiej formie i z kim chcemy świętować. Posłuchajmy siebie, swojej intuicji i marzeń. Gwarantuje Wam, że ogień na parkiecie i tempo imprezy nie mają nic wspólnego z nazwą tej filozofii.
Para młoda, goście (a nawet obsługa ;))  doskonale bawili się na intymnej i kameralnej imprezie wśród tańców, swobodnych rozmów i śmiechu wśród najbliższych.

Na koniec coś czego pominąć nie mogę. Z całym swoim zamiłowaniem do mody, estetyki i sztuki… Para młoda wyglądała genialnie!
Delikatna sukienka z różowego, szyfonowego tiulu autorstwa Angeliki Jakubas idealnie współgrała delikatną urodą Kasi i obłędnie wyglądała w ruchu! Stylizacja to nie tylko sama suknia, ale całokształt – w przemyślany sposób dobrany makijaż i fryzura. Wielkie brawa za rozwiane włosy i bardzo delikatny makijaż, który nie dość, że doskonale podkreślił urodę to również sprawdził się w upale.
Michał do świetnie skrojonego garnituru dobrał idealne dodatki. Zwróciłam szczególną uwagę na zegarek, który ma wartość sentymentalną, oraz przepiękną poszetkę, przedstawiającą ptaki Albrechta Durera. Przyznaję, że teraz sama planuję sobie taką sprawić.

A teraz najważniejsze, zobaczmy jak było i jak to wyglądało? Nie zwalniam i zaprszam Was do oglądnia.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.