Jeszcze przed wyjazdem słyszałam kilka pochwał na temat Williamsburga, ale dopiero kiedy dotarłam na miejsce zrozumiałam o co w tym wszystkim chodzi. To moja ulubiona dzielnica Nowego Yorku. Manhattan potrafi przytłoczyć , na Brooklynie życie toczy się wolniej. Williamsburg to dzielnica hipsterów, artystów i studentów. Choć stała się tak moda, że do tanich wcale nie należy, a ceny mieszkań potrafią przewyższyć te z Manhattanu.
Z czym kojarzy mi się Williamsburg? Hipsterzy, Żydzi, sztuka, wolność, murale, kolory.
Hipster zamawia tam kawę obok ortodoksyjnego Żyda po czym oboje rozchodzą się do dwóch różnych światów. Nikt nikomu nie przeszkadza, każdy znajdzie tam miejsce dla siebie.



Conversy są wszędzie, nawet kiedy spojrzysz w górę ;)


Architektura to miks pięknych i odnowionych budynków, oraz podniszczonych kamienic, ale nawet one mają swój klimat.





Znajdziemy tam masę prześlicznie urządzonych kawiarni, ciekawych sklepów z ciuchami, a jeśli jesteś maniakiem zdrowej żywności – znajdziesz coś dla siebie chyba w każdym napotkanym sklepie. Serio, ludzie mają tam hopla na punkcie zdrowego trybu życia.









Graffiti nawet na takich malutkich drzwiach <3 Ciekawe kto tam mieszka?
Murale są wszędzie. Niektóre z nich to reklamy, niektóre to istne dzieła sztuki. Chociaż, jedno nie koniecznie wyklucza tutaj drugie.








W Williamsburgu można też spotkać najbardziej stylowe psy ;)








Koniecznie trzeba się też przejść wzdłuż East River i popatrzeć na widok na Manhattan. Naprawdę zapiera dech. Mogłabym tam siedzieć godzinami, ale najlepsza pora to oczywiście zmierzch, kiedy całe miasto jest oświetlone – magia.



Zaraz koło naszego mieszkania znajdowała się urocza, brazylijska knajpka. Wieczorami można było tańczyć salsę i zajadać się pysznymi potrawami.